33Mój mąż w swojej pracy musi być o siódmej rano, dlatego, by zdążyć się wyszykować wstaje o szóstej rano i czy tego chce, czy nie, i tak zawsze mnie budzi. Wystarczy, że usłyszę pierwszy dźwięk jego budzika, a już mam otwarte oczy i biję się z myślami czy wstawać czy może poleżeć jeszcze pół godziny w łóżku. Ja do pracy muszę się dostać na 8.30, więc spokojnie mogłabym wstać o 6.30, a nawet o 7.00, jednak nie potrafię zmusić się do ponownego oddania się w ręce Morfeusza. Nawet gdy uda mi się zasnąć, niemal natychmiast budzę się z powrotem i sprawdzam, że od budzika mojego męża upłynęły zaledwie cztery minuty. Wychodząc z założenia, że nie ma sensu spać po trzy minuty, zmuszam swoje ciało do pierwszego tego dnia ruchu i wstaję z łóżka.

Dzień dnia wstaję więc dużo wcześniej niż powinnam i snuję się po domu, powoli przygotowując się do pracy. W biurze księgowości, w którym pracuję, nie ma sensu zjawiać się wcześniej niż o 8.30, bo i tak nikt mi za to nie zapłaci. 8 godzin dziennie spędzone przy rachunkowych sprawach to wystarczająca ilość czasu, by zdążyć wszystko zrobić i jeszcze się tym znudzić, specjalista ds. księgowości Rzeszów.

Przez dwie godziny dzielące mnie od wyjścia z domu, zdążę wypić dobrą kawę, zjeść śniadanie, wziąć prysznic, uszykować się do pracy i przeczytać parę artykułów w Internecie. Z niczym się nie spieszę, bo po prostu nie ma sensu – wolę jeszcze trochę poegzystować w półświadomości i lekkim niewyspaniu.